McKinley Expedition

McKinley Expedition

Wyprawa wspinaczkowa
na najwyższy szczyt Ameryki Północnej
8 – 30 czerwca 2008

O wyprawie

Wyprawa "McKinley Expediton" była pierwszym spotkaniem naszej grupy z najwyższym szczytem Ameryki Północnej. Przygotowania do niej trwały blisko pół roku i obejmowały mocne szlifowanie kondycji i staranne gromadzenie sprzętu. Nie obyło się też bez wypełnienia kilku wymogów formalnych, załatwieniu wiz i pozwoleń. Ostatecznie udało się z wszystkim zdążyć na czas. Pokrzepieni wiarą, że o niczym nie zapomnieliśmy i wszystko przebiegnie zgodnie z planem ruszyliśmy w kierunku Denali. Celem miała być droga klasyczna prowadzącą przez lodowiec Kahiltna i grań West Buttress.

Opis wyprawy

Wyprawa „McKinley Expediton” była pierwszym spotkaniem naszej grupy z najwyższym szczytem Ameryki Północnej. Przygotowania do niej trwały blisko pół roku i obejmowały mocne szlifowanie kondycji i staranne gromadzenie sprzętu. Nie obyło się też bez wypełnienia kilku wymogów formalnych, załatwieniu wiz i pozwoleń. Ostatecznie udało się z wszystkim zdążyć na czas. Pokrzepieni wiarą, że o niczym nie zapomnieliśmy i wszystko przebiegnie zgodnie z planem ruszyliśmy w kierunku Denali. Celem miała być droga klasyczna prowadzącą przez lodowiec Kahiltna i grań West Buttress.

W ponad 20-godzinną podróż do Anchorage, największego miasta Alaski, wyruszamy wczesnym rankiem w niedzielę, 8 czerwca. To ostatni moment by zmierzyć się z najwyższym szczytem Ameryki Północnej. W rejonie Denali sezon wspinaczkowy trwa bardzo krótko i ogranicza się do dwóch miesięcy, maja i czerwca. Po kolejnych przesiadkach w Dusseldorfie i Chicago dolatujemy do celu. Choć od wylotu z Warszawy minęła prawie doba w Anchorage jest dopiero niedziela wieczór. Zysk na czasie nie jest dla nas jednak powodem do wielkiej radości. Z czterech bagaży odnajdujemy jedynie jeden. Co gorsze jegomość w informacji nie jest w stanie powiedzieć, na którym odcinku przelotu utknęła reszta. Nie pozostaje nam nic innego jak udać się do hotelu i mieć nadzieję, że następnego dnia zguba się odnajdzie.

W Anchorage, jak i na całej Alasce, o tej porze roku panują białe noce. Słońce chowa się za horyzont jedynie na 3, 4 godziny, ale ciemno nie robi się wcale. Wykorzystujemy to i po zainstalowaniu się w hotelu ruszamy na zwiedzanie Down Town, centralnej części miasta. Robi ono bardzo pozytywne wrażenie. Szerokie ulice, wysokie przeszklone budynki, dużo zieleni, ład i porządek. Prawdziwy amerykański styl. Mimo późnej pory na ulicach sporo ludzi. Knajpy, stylowe restauracje, sklepy z pamiątkami tętnią życiem. Zatrzymujemy się na kawałek pizzy, a następnie na herbatę. Nawiązujemy pierwsze kontakty wypytując jak najlepiej dostać się do Talkeetna, miasta położonego u bram Parku Narodowego Denali. Jak się okazuje najtaniej i najsprawniej będzie koleją.

Poranek następnego dnia jest dość nerwowy. Nie udaje nam się telefonicznie sprawdzić statusu zagubionych bagaży, więc zmuszeni jesteśmy jechać na lotnisko. Tu zastaje nas przyjemna wiadomość. Zguba została odnaleziona i przybędzie najbliższym rejsem z Chicago. Uff, kamień spada nam z serca. Kolejne dni zwłoki, lub definitywna utrata bagażu stawiałyby powodzenie wyprawy pod znakiem zapytania. Pokrzepieni pozytywną informacją ruszamy na zakupy. Na pierwszy ogień idą sklepy ze sprzętem wspinaczkowym zlokalizowane przy Spenard Road, drodze prowadzącej z lotniska do centrum. Każdemu brakuje kilka elementów ekwipunku. Kupujemy łapawice, stuptuty, linę, trasery, gaz, trochę szpeju. Wybór w sklepach jest spory, a ceny dzięki taniemu dolarowi bardzo konkurencyjne.

Po południu odbieramy bagaże z lotniska. Z ulgą obserwujemy jak trzy ogromne plecaki wjeżdżają na taśmie do hali przylotów. Jesteśmy już dużo spokojniejsi i możemy zająć się kolejnymi sprawami. Kupujemy bilety na pociąg na następny dzień do Talkeetna i ruszamy do supermarketu na zakupy żywnościowe. Okazuje się, że zgromadzenie zapasów na trzy tygodnie nie jest sprawą łatwą. W ogromie oferty ciężko znaleźć produkty nadające się na wysokie góry, a jednocześnie zjadalne. Szukamy próżniowo pakowanej kiełbasy, sosów w proszku, musli. Żadnego problemu nie ma natomiast z liofami. Tych jednak zawsze staramy się unikać. Na zakupach spędzamy czas do późnego wieczora opuszczając ostatecznie market z trzema ciężkimi worami.

Rankiem, następnego dnia wyjeżdżamy z Anchorage. Turystycznym pociągiem jadącym do Fairbanks podróżują tylko wczasowicze. Trasa wiedzie malowniczymi zakątkami Alaski, wzdłuż rzek i gór. Czas podróży obok pięknych widoków umila obsługa pociągu serwująca zakąski i opowiadająca o historii kolei. Po trzech godzinach, długo po rozkładowym czasie, przybywamy do Talkeetna. To małe miasteczko do złudzenia przypominające klimat serialu „Przystanek Alaska”. Dla nas i dla innych wspinaczy jest to okno wypadowe na Denali. W pierwszej kolejności udajemy się do siedziby Rangersów celem dokonania tzw. „orientation”. Polega ono na zarejestrowaniu naszej wyprawy, zgłoszonej już dwa miesiące wcześniej, wniesieniu wymaganej opłaty i przejściu szkolenia dotyczącego zasad zachowania się i bezpieczeństwa podczas zdobywania góry. Opowieści ratownika wywołują grobową ciszę, zwłaszcza, gdy porównuje warunki na Denali do tych panujących na Evereście zimą. Ci co nie rozumieją mają szczęście, pozostała część ekipy udaje, że nie słyszy. Ostatecznie zostajemy zaakceptowani, a nasza wyprawa otrzymuje numer 548. Powrót nie później niż 28 czerwca.

Teraz ruszamy do K2 Aviation, firmy lotniczej przewożącej wspinaczy do bazy na lodowcu Kahiltna. Pogoda póki co nie umożliwia przelotu, więc czas na jej poprawę przeznaczamy na przepakowanie i ostatnie zakupy. W miejscowym sklepie turystycznym wypożyczamy rakiety śnieżne, które przydadzą się podczas podchodzenia lodowcem. Definitywnie też rezygnujemy z zakupu „overbutów” widząc, że te dostępne w sklepach nie spełniają naszych oczekiwań, a co ważniejsze nie pasują do naszych skorup. Trochę ryzykowne zagranie, mamy jednak nadzieję, że nie brzemienne w skutkach. Około 15 dostajemy cynk o możliwości startu. Pogoda na tyle się poprawiła, że są szanse na bezpieczny przelot. Jedyną niepewność budzą tylko warunki panujące na lodowcu, ale spróbować trzeba – oznajmia pilot. Pakujemy ekwipunek do awionetki, razem z nami lecą jeszcze dwaj Amerykanie.

Dotarcie na lodowiec Kahiltna zajmuje około 40 minut. Początkowo przelatuje się nad bagnistym, lekko pagórkowatym terenem. Obok licznych rozlewisk, jeziorek i strumieni sąsiadują tu dzikie łąki i lasy, niekiedy poprzecinane drogami łączącymi porozrzucane myśliwskie dacze. Widok po raz pierwszy uzmysławia nam potęgę przyrody i przestrzeni Alaski. Człowiek jest tam niewiele znaczącym przecinkiem. Po około 20 minutach dolatujemy do pierwszych wyraźniejszych wzniesień. Flora staje się coraz uboższa, powoli odsłaniają się surowe skały i pierwsze płaty śniegu. Po kolejnych minutach lotu jesteśmy otoczeni już wyłącznie wysokimi górami. Pod nami szeroką białą wstęgą płynie lodowiec Kahiltna. Krajobraz nie do poznania, do bazy coraz bliżej. Niestety pogoda, która nad Talkeetna budziła nadzieję na sprawny przelot, tu nie pozostawia wątpliwości. Gęste chmury coraz śmielej zaczepiają o powierzchnię lodowca. O lądowaniu nie może być mowy, nawet w wykonaniu doświadczonego pilota. Zawracamy 5 mil przed celem.

Druga próba następnego dnia jest już udana. Samolot pewnie siada na równej powierzchni lodu rozświetlonej promieniami słońca, 2 tysiące metrów nad poziomem morza. Jesteśmy na jednym z dopływów lodowca Kahiltna. Z szeroko otwartymi ustami wysiadamy z awionetki. Otaczają nas pionowe, białe ściany najbliższych szczytów. Wśród nich najpotężniej prezentuje się Foraker. McKinley jest stąd niewidoczny. W bezpośrednim sąsiedztwie „pasa startowego” duży namiot bazowy i kilkadziesiąt małych namiotów wyprawowych. Ponaglani okrzykami pilota wypakowujemy ekwipunek. Nasze miejsca w samolocie w pośpiechu zajmują inni wspinacze. Mocno zmęczeni, ciemno opaleni, wygłodniali od kilku dni oczekują dobrej pogody i możliwości powrotu do cywilizacji. Dla nich jest to już koniec przygody pod Denali. Dla nas dopiero początek.

Nie zagrzewamy długo miejsca w bazie i jeszcze tego samego dnia postanawiamy przenieść się do obozu pierwszego. Białe noce i łatwy teren lodowca sprawiają, że możemy wędrować do późna. Od obsługi bazy wypożyczamy sanki. Lekkie, plastikowe ułatwią transport ekwipunku przez cały lodowiec aż do obozu trzeciego. Dzięki nim dystans ten można pokonać „na raz”, nawet z dużą ilością sprzętu i jedzenia. Niektórzy ciągną je nawet do czwórki. Dzielimy ekwipunek równomiernie, część na siebie, część do plecaka, resztę na sanie. Niepotrzebne rzeczy, a jest ich niewiele, deponujemy metr pod śniegiem. Miejsce oznaczamy chorągiewką z numerem wyprawy. Wiążemy się liną. Największe trudności sprawia przywiązanie sań do uprzęży i zamocowanie ich od tyłu do liny, by na lekkich zejściach nie zsuwały się na nogi. Podglądamy jak to robią inni. W końcu ruszamy.

Pierwsze kroki są zawsze najtrudniejsze. Początkowy odcinek stanowi lekkie zejście do głównego nurtu lodowca. Następnie w prawo i cały czas prosto, aż do zamknięcia doliny pod ścianą Denali. Sprawny marsz wymaga zgrania czteroosobowego zespołu i odpowiedniego dopasowania długości linek mocujących sanie. Kilka prób, kolejne korekty i udaje nam się zoptymalizować całą karawanę. Po kilku kilometrach panujemy już w stu procentach nad saniami i całą sytuacją. Mijamy kolejne zespoły powracające spod szczytu, lawirujemy między nielicznymi szczelinami. Daleko przed nami piętrzy się potężny masyw Denali. Teraz widoczny jak na dłoni. Sam wierzchołek zatopiony jest w gęstych chmurach, przez co góra robi jeszcze większe wrażenie. Słońce szerokim łukiem, powoli obniża się do linii horyzontu. W końcu całkowicie niknie za okalającym dolinę zboczem. Momentalnie robi się zimno, ale szybki marsz nie pozwala nam zmarznąć. Jest tuż przed północą, gdy dostrzegamy namioty obozu pierwszego. Zatrzymujemy się na zasłużony odpoczynek.

Nazajutrz budzą nas ciepłe promienie słońca. Aura wręcz sielankowa. Ciepło, bezwietrznie, czyste niebo, dookoła piękne widoki na ośnieżone góry. Do tego żadnych problemów z aklimatyzacją. Czujemy się jak na poziomie morza, a nie wysokości 8 tysięcy stóp. Jemy śniadanie, pakujemy obozowisko i ruszamy do góry. Mijamy namiot sympatycznego Amerykanina, zapoznanego jeszcze podczas pierwszego lotu na lodowiec. Kilka lat później okaże się, że był to Aron Ralston, bohater filmu „127 godziny”. Po kilku odcinkach bardziej stromego podejścia wychodzimy na rozległe plateau, ciągnące się na przestrzeni kilku kilometrów, aż do zamknięcia doliny. Mijamy pierwsze miejsce z kilkoma namiotami i licznymi murkami śnieżnymi, po następnej godzinie kolejne. Pytani lokatorzy mówią, że nie ma jednoznacznej lokalizacji obozu drugiego, a biwakować można wszędzie. Korzystając z wczesnej pory decydujemy się podejść jeszcze wyżej. W końcu docieramy do miejsca, gdzie rozległa dolina zwężą się i zakręca ostro w prawo kierując się na potężną ścianę spadającą z grani West Buttress. Tutaj też znajdujemy kilka miejsc po namiotach, a najlepiej zachowane wybieramy na nasz obóz drugi. Resztę dnia spędzamy na gotowaniu, odpoczynku i podziwianiu lodowej krainy. Na pobliskiej ścieżce ciągły ruch. Kolejne ekipy schodzą na dół, inne podchodzą do góry. I tak całą noc, białą noc.

Poranek następnego dnia niewiele ustępuje poprzedniemu. Czyżby pogoda miała nam sprzyjać podczas całej wyprawy? Szybkie śniadanie, pakowanie plecaków i sani, kulbaczenie i znów drepczemy do góry. Tym razem przemarsz zajmuje nam dużo mniej czasu. Po dwóch godzinach od wyruszenia z dwójki natrafiamy na niezwykle strome podejście. Ciężkie sanie i palące słońce wyciskają z nas siódme poty. W końcu stromizna się kończy i robi się dużo łagodniej. Osiągamy wysokość 11 tysięcy stóp i miejsce obozu trzeciego. Co do tego nie mamy wątpliwości. Kilkadziesiąt różnobarwnych namiotów, liczne wolne „boksy”, depozyty oznaczone powbijanymi w śnieg chorągiewkami lub saniami. Odnajdujemy doskonałą platformę pod dwa namioty, dodatkowo otoczoną wysokim, śnieżnym murkiem. Będzie wygodnie i zacisznie w czasie wiatru. Korzystając z rewelacyjnej pogody urządzamy sobie prawdziwy „chillout” i opalanie od pasa w górę. Wspinaczka wysokogórska może mieć różne oblicza 🙂

Kolejny dzień decydujemy się poświęcić na wyjście depozytowo-aklimatyzacyjne do czwórki. Choć czujemy się bardzo dobrze nie chcemy przesadzać z tempem zdobywania góry i uznajemy, że jeszcze jedna noc na wysokości 11 tysięcy stóp wyjdzie nam w dłuższej perspektywie na dobre. Pakujemy do plecaków jedzenie, kartusze z gazem. Zabieramy rezerwowy namiot i trochę ubrań. Albert decyduje się wciągać swój przydział ekwipunku na sankach, reszta zespołu obstaje przy dźwiganiu wszystkiego na plecach. Jest już dość późno, gdy wyruszamy w drogę. Zegarek wskazuje pierwszą po południu.

Powyżej obozu trzeciego podejście nie prowadzi już łagodnie nachyloną powierzchnią lodowca. Trasa poprzeplatana jest miejscami mniej i bardziej eksponowanymi. Pierwszy stro